lenina-wieczorem

wieczorne światła na Lenina

Kirów to miasto położone na wzgórzach. Siedmiu wzgórzach. I choć żadne z nich nie nazywa się Awentyn, czy Palatyn, kirowczanie lubią przyrównywać swoje miasto do Rzymu. Tak jak petersburżanie swoje do Wenecji, czy moskwiczanie do Paryża. Hobby takie. Każdy jakieś ma. Dzisiejsza historia będzie o Kirowie i o tym, po co ja tam pojechałem.

Jak już pewnie zauważyliście, po lewej stronie pojawiła się mapka. Póki co są na niej zaznaczone tylko cztery miejsca. To najdalej wysunięte na wschód to Kirów.  Żeby lepiej uzmysłowić jaka to szerokość geograficzna, powiem jedynie, że latem nie musiałem jeździć do Petersburga oglądać białych nocy. To one przyjechały do mnie po czarnych, zimowych dniach.

Kirów jest inny. I wszyscy w Rosji o tym wiedzą. Niby to nie Magadan, ale… Zaraz, zaraz, a co ma wspólnego Magadan z Kirowem?

Nic, poza tym, że jak chcesz powiedzieć, że gdzieś psy dupami szczekają to odsyłasz gościa do Magadanu, jak chcesz mu powiedzieć, że jest mądry inaczej, to nazywasz go Czukczem, a gdy mówisz o Kirowie to sobie to wszystko myślisz, ale tylko uśmiechasz się tajemniczo i z dziwną miną przeciągając samogłoski cedzisz: Aaaa, z Kirowa… Tu zawieszasz głos, a mnie się jakoś tak nieprzyjemnie robi, bo ja kocham tę dziurę i nie zamieniłbym jej na żadne Moskwy, ani Paryże.

Bo to zapomniane przez Boga miejsce ma klimat. A Moskwa go nie ma i Paryż też nie. Klimat jest jeszcze w Niżnym Nowogrodzie. Dlatego jeździłem, żeby się nawdychać tego klimatu, nawet zarażonymi ptasią grypą pociągami z Pekinu (no OK, gdybym wiedział, że tam są chorzy Chińczycy, to bym nie wsiadł).

Klimat Kirowa to zadziwiająca mieszanka obojętności, przekory, niezależności, podszyta małomiasteczkową mentalnością i poczuciem outsiderstwa. Do tego jeszcze brud, zimno i wilgoć. Niby nie ma się w czym zakochiwać, a jednak…

nizniy-prud-u-cirka

dolny staw przy stałym cyrku

Pojechałem tam uczyć potomków dawnych polskich zesłańców języka, pojechałem tam wykładać studiującym Rosjanom (co z tego, że mają polskie korzenie, oni się czują Rosjanami) polską literaturę i gramatykę. I robiłem to wszystko. A poza tym nie mogłem się opędzić od milionów pytań zupełnie nie związanych z tym, czego uczyłem. Ci ludzie przez lata żyli w izolacji i ciekawiło ich dosłownie wszystko. Małe dzieci pytały mnie, czy w Polsce są szkoły, studenci chcieli wiedzieć, czemu pomagamy Amerykanom w ich inwazji na Irak, starców dziwiło, że nie lubimy Rosji, mimo, że nas wyzwoliła i tyle dobrego nam dała (oni w to święcie wierzą).

uniwerek

wejście do mojej Alma Mater

dvorec-pionerov-holl

Dvorec Pionerov - tu też miałem zajęcia

A najbardziej pokochałem dzieci. Małe dzieci z 48 szkoły, siedmio i ośmiolatki, dzieci rosyjskie, kaukaskie i tatarskie, dla których późnym popołudniem prowadziłem zajęcia. Uczyłem ich piosenek o Panu Listopadzie, co to gra na basie, bawiłem się w starego niedźwiedzia, haftowaną chusteczkę i kółko graniaste.

Dlaczego? Bo nikt inny się z nimi nie bawił… Nigdy.

Szkoła organizowała dla nich zajęcia pozalekcyjne, bo w szkole były bezpieczne.

nedaleko-ot-shkoly-i-moego-doma

fontanna - śliczny zakątek w nieładnej okolicy. W tle szkoła 48. Moja ulubiona.

velikoreckoe-krestniy-hod-tuda

A na drogę krzyżową to tutaj

Och, jak zwykle długi się zrobił ten wpis, a jeszcze chciałem napisać o Kirowczanach, o tym dlaczego są dumni z tego, że mieszkają w Kirowie, o powiedzonkach o Kirowie i o kilku cechach szczególnych, wyróżniających Kirów spośród innych miast imperium. Nic straconego, zrobię to następnym razem. Jeszcze tylko podziękuję Igorowi za zdjęcia do dzisiejszego wpisu.